RSS
 

„Labirynt dusz”?

30 sie

Drodzy Czytacze, Drogie Czytajki, nadeszła ta chwila. Chwila, na którą czekam od pięciu lat, albo coś koło tego.
Carlos Ruiz Zafón napisał nową książkę.
*tutaj półgodzinna przerwa na histeryczne wrzaski „Nareszcie!!! Nareszcie!!!”*
Książka ma mieć premierę 17. listopada tego roku i nosić tytuł „El Laberinto de los Espíritus”, czyli (jak twierdzę ja, a zgadza się ze mną słownik internetowy) „Labirynt duchów” albo „Labirynt dusz”.
Drogie księgarnie, Matrasy i Empiki, możecie się mnie spodziewać przed swoimi drzwiami w dniu premiery polskiego tłumaczenia o godzinie piątej rano. Do zobaczenia.

Źródło: http://www.carlosruizzafon.com/noticias.php?id=233

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii O książkach, Varia(t)

 

Apel ludzi z cyckami

20 sie

Rozdawałam dzisiaj z koleżanką ulotki. Ona – w stroju Alicji w Krainie Czarów, ja – wariacja na temat Szalonego Kapelusznika. 9 na 10 osób zachowywało się super. Pozostała jedna na ogół już nie bardzo.

Sytuacja 1:

Koleżanka daje panu ulotkę. Pan do ulotki chce koniecznie buzi. Oddalamy się szybkim krokiem. Ja – oczy jak pięciozłotówki. Koleżanka wzrusza ramionami. Tak to jest przy rozdawaniu ulotek, tacy się trafiają. Pomijam, że pan mógłby być spokojnie ojcem, albo i dziadkiem koleżanki.

Sytuacja 2:

Idziemy na pociąg. Rozdajemy po drodze resztę ulotek. Koleżanka wręcza ulotki trzem panom. Jeden z nich wyraża zainteresowanie zawartością koszyka (ulotkami). Drugi, stając ze mną niemalże nos w nos, wyraża zainteresowanie moim dekoltem i jego zawartością. Sekunda niedowierzania, mordercze spojrzenie, warknięte „bez przesady” i szybki odwrót taktyczny. Nieważne, ile pan miał lat, nieważne jak wyglądał; mógłby być młodym i przystojnym bogiem seksu, sytuacja byłaby dla mnie równie obrzydliwa.

Nie, to nie był „tylko żart”. Nie, to nie był flirt. To było molestowanie. Na szczęście tylko słowne, ale to raczej słabe pocieszenie. Wolałabym, żeby ludzie nie patrzyli na mnie wcale, niż żeby patrzyli na mnie jak na kawałek mięsa.

Drodzy panowie! Rysie, Zbysie, Leszki, Janki, Pawełki i pozostali! Robilibyście koleżance córki uwagi o jej biuście? Zaczepialibyście żony kolegów, próbując je namówić na buziaczka? A może w ogóle chodzilibyście za jedną ze znajomych swojej matki i wołali „pokaż mi swój słodki tyłeczek”?

Nie?

To dlaczego, do cholery, robicie to innym kobietom?

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Narzekanie, Varia(t)

 

Twórcze pisanie

24 mar

Blog leży odłogiem, książki, owszem, czytam, ale głównie popularnonaukowe, a wszystko przez studia. Jedyny plus to to, że regularnie jestem zmuszana do pisania wierszy. Między innymi o terroryzmie.

***
Terrorysta, mówicie.
Głupcy!
Ja was nauczę patrzeć
wypalonym oczami,
słuchać,
gdy w uszach pękają bębenki,
wielbić
moje imię
językami wtopionymi w podniebienie.
Ja wam dam raj
dymu,
ognia,
popiołów.
Ja was uwolnię
od piekła codzienności.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Varia(t)

 

O karpiach i literaturze

05 sty

Oczywiście przespałam całe święta z przyległościami. Z letargu wybudziła mnie Pani Basia, żądająca tekstu. Tekst powstał na potrzeby studiów, bo mam takie fajne studia. Pomysł własny, wykonanie własne, inspiracja: rodzina (też własna). Zapraszam.

***

- Pora zabić karpia.
Podniosłem wzrok znad gazety, spojrzałem na ojca i stanowczo oświadczyłem:
- Ja go mordował nie będę.
- Ależ synu! – zaoponował ojciec – Jesteś na weterynarii! Masz odpowiednie kwalifikacje!
- Tato, przypominam ci po raz kolejny: nie na weterynarii, tylko na medycynie.
- Kiedy cioci Krysi trzeba było operować wyrostek robaczkowy twierdziłeś, że jesteś na weterynarii.
- Uciekałem od odpowiedzialności. Poza tym, to było na imieninach babci, a operowanie ciotki nożykiem do masła absolutnie nie wchodziło w grę. Babcia chyba by się załamała, gdybym coś się stało jej ulubionemu kompletowi sztućców. Wolałem nie ryzykować.
Ojciec westchnął ciężko i usiadł na krześle obok.
- Synu, nie rób mi tego. Stary jestem, stoję nad grobem…
- Tato, tydzień temu słyszałem, jak to czujesz się idealnie i pięćdziesiątka na karku nie powstrzyma cię przed zakupem motocykla.
Ojciec machnął ręką.
- Zignoruj to, kryzys wieku średniego przeze mnie mówił. W każdym razie niedługo przejmiesz rodzinną tradycję zabijania karpia. Zacznij ćwiczyć już teraz. Pomyśl sobie, że to są takie ćwiczenia w prosektorium.
- Tato, trupy na mnie nie patrzą i nie robią karpika… No, przynajmniej nie wszystkie. Poza tym, trupy są już wstępnie martwe. Przynajmniej większość.
- Synu…
- A poza tym, materiału z ćwiczeń nie będę potem jadł!
- Ale synu…
- I co na to powiedziałby mój psychiatra? Nie mogę tak po prostu zrobić tej niewinnej rybie krwawej łaźni w łazience!
- Oczywiście, że możesz, synu. Jest wiele etycznych metod zabicia karpia. O, na przykład wrzucenie suszarki do wanny.
- To bardzo zły pomysł, kochanie – powiedziała matka, wkraczając do kuchni – Pamiętasz wuja Zygmunta? Też tak robił, aż pewnego dnia wrzucił suszarkę do kąpieli cioci Irenki. Biedna ciocia. Gdyby nie te jej wyłupiaste oczka, może wuj by się w porę zreflektował…
- No dobrze – skapitulował ojciec – To może stara dobra metoda z młotkiem.
- Oj, lepiej nie – powiedziała matka, wyciągając z lodówki półmisek z pierogami – Pamiętasz, jak kuzyn Zdzisiu próbował to zrobić? A wcześniej znieczulił się domową wiśniówką?
- Pamiętam – westchnął ojciec – Ten karp do tej pory wisi im nad kominkiem.
- Widzisz, tato? To zły pomysł! Naprawdę!
- Nie marudź, na pewno coś wymyślimy.
- Utopcie go – rzuciła kąśliwie matka – Byle szybko, bo za godzinę musimy być u babci z gotowym karpiem.
- Może jeszcze zdążymy kupić filety… – zaproponowałem nieśmiało.
- A co zrobimy z karpiem w wannie? Niektórzy z nas chcą się czasem wykąpać!
- Możemy go wypuścić z powrotem do oceanu, żeby żył, wolny i szczęśliwy…
- Nie wymyślaj, synu, damy radę – ojciec poklepał mnie po ramieniu w uniwersalnym geście męskiej solidarności wbrew przeciwnościom losu oraz przypadkowym rybom.
Matka wzruszyła ramionami i poszła do sypialni, mamrocząc coś o tym, że musi się przebrać. Zostaliśmy sami z naszymi wątpliwościami.
- No to co teraz, tato? Trucizna raczej odpada. Przedawkowanie też raczej nie przejdzie.
- Coś wymyślimy… Możesz poderżnąć mu gardło.
- Gdzie karp ma gardło?!
- Skąd mam wiedzieć?
- To gdzie podrzynałeś przez te wszystkie lata?
- W łazience!
- Nie, gdzie na karpiu. W którym miejscu karpiej anatomii.
- Przy skrzelach.
- Nie mam mowy! Łazienka się zakrwawi, karp się umęczy, ja się umęczę… Już lepiej uciąć mu całą głowę.
- O, bardzo dobrze – ojciec wcisnął mi nóż w rękę. Na szczęście nie był to nóż do masła, bo byłoby jak z ciocią Krysią.
- Nożem?! Tato, toż to jest kawał ryby! Nie dam rady!
- To największy nóż jaki mamy.
- Nie mamy siekiery?
- Pozbyliśmy się jej, kiedy przeżywałeś fascynację „Zbrodnią i karą”… – wymamrotał ojciec.
- No to co robimy?
- Nie wiem, wyjmij go z wanny, powieś go, niech się udusi.
- Ale miał być smażony, nie duszony – zaoponowałem odruchowo.
Ojciec wzniósł oczy do nieba.
- Za jakie grzechy, ja się pytam…
- Kochanie – przerwał nam głos matki – gdzie jest ten śliczny jedwabny szalik? Ten czerwony, co mi go dałeś na rocznicę?
- Nie wiem – jęknął ojciec, a jego czoło opadło powoli na blat kuchennego stołu – Wywiesiłem go po praniu na tych drutach nad wanną…
- Nie ma go tam!
- No to nie wiem…
- Karp go zeżarł – mruknąłem pod nosem, mieszając herbatę – Załóż perły, mamo. Najlepiej te fałszywe. Wyglądają prawdziwiej niż prawdziwe. Ciocia Ziuta będzie wściekła.
- To jak? – ojciec popatrzył na mnie z poziomu blatu – Co będzie z tym karpiem?
- Boże drogi, tato, jak muszę, to go zabiję, niech ci będzie. Ale płacisz za psychiatrę. I za psychoterapię. I za leki.
- Zapłacę, tylko załatw go w końcu! Za godzinę wychodzimy!
- Dobrze, dobrze. Mamo, wyjdź z łazienki! Karpia zabijał będę!
- Nie trzeba.
Spojrzeliśmy obaj w stronę drzwi do kuchni. Stała w nich matka, zmachana, zziajana i zakrwawiona.
- Zatłukłam drania.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Varia(t)

 

„Spectre”, czyli martini! Wybuchy! Q w sweterku!

07 lis

Byłam wczoraj na Bondzie. W kinie. Z popcornem i jakimś lepkim, słodkim czymś do picia. Żeby było jeszcze fajniej, bilety dostałam od czytelniczki ninejszego bloga, Pani Basi (Pani Basiu, machamy do Pani!), za co jej serdecznie dziękuję :)
Co dziwne, film mi się podobał. Do Bondów z Craigiem mam podejście raczej negatywne i jeżeli już je oglądam, to tylko dla czarnych charakterów (ach, Le Chiffre, ach, Mads Mikkelsen, ach, och, ach) albo dla Q w sweterku (tu było piętnaście akapitów zachwytów nad sweterkami i Q, i sweterkami Q, ale wycięłam je dla dobra czytelników). Nie wiem, czy zaczęłam się już przyzwyczajać do „blond Bonda”, czy twórcy filmu tym razem trochę lepiej skonstruowali postać, czy po prostu dawno nie widziałam ładnych wybuchów na filmie. Nieważne. Podobało mi się.
Oczywiście muszę się przyczepić do czołówki, gdyż ponieważ:
a) stare czołówki i tak były lepsze (ulubiony argument),
b) Płonące Ośmiornice Zagłady? serio?,
c) jedyna organizacja typu Zło Wcielone Inc., która może mieć w logo macki i nie wyglądać przy tym śmiesznie, to Hydra,
d) słyszałam lepsze czołówkowe piosenki *kaszl*Skyfall*kaszl*, chociaż przyznaję, ta nie była aż taka zła.
W ramach minusów muszę wymienić scenę z wydłubywaniem oczków. Fu. Nie lubimy. No dobrze, to jest, powiedzmy, hejt osobisty, nie liczy się.
Plusy? Dziewczyna Bonda #436472 ma… Werble proszę… Kawałeczek charakteru! A nawet intelektu! I nie jest aż taką memeją, jaką mogłaby być! Idziemy w dobrą stronę.
Jest kilka plusów, o których nie chcę pisać, ponieważ mogą zaspojlerować komuś film. Ach, fabuła jak zwykle psuje mi wpis… No, powiedzmy, że czarny charakter jest całkiem fajny, chociaż motywy ma takie sobie. O. To chyba nic nie zaspojleruje ;)
I największy plus – Q! Q w sweterku! Q przy komputerze! Q w czapce! Q bez czapki! Q i jego świetne teksty! Q, który wychodzi zza biurka i idzie robić Bardzo Ważne Rzeczy Dla Dobra Kraju! Ten człowiek powinien dostać własny film. „Q ratuje świat laptopem”. 10/10, obejrzałabym.
Ogólnie wrażenia po filmie były raczej pozytywne, chociaż gdybym mogła, wycięłabym z filmu Bonda i skupiła się na tym, jak Q wygląda w różnych modelach swetrów. Aha, i żadnych scen z oczami.
Chcecie iść na „Spectre”, czytacze? Idźcie. Tym razem, wyjątkowo, jestem za :)
…A co, jeżeli pozytywny odbiór filmu był spowodowany popcornem i lepkim, słodkim czymś do picia?! Czy można być nieobiektywnym przez jedzenie? Hm. No cóż. Idźcie na „Spectre” i zobaczcie, jak fajnie wygląda Q w sweterku. Też warto.

 

TERRA UBI SPOJLER

Ale jak zobaczyłam Moriarty’ego w szpiegowni, to już wiedziałam, że coś się dzieje. Andrew Scott ma jakieś dziwne szczęście do bycia Tym Złym… :)

OK, JUŻ.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Varia(t)

 

Tajemnica spod krzaczka, czyli suspens nr 2

13 sie

I znowu miesiąc stuknął, a z pisania na bloga nici. Tym razem mam przynajmniej Bardzo Długą Listę Bardzo Dobrych Powodów Nieobecności W Internetach. Otóż, proszpaństwa, upały, remonty, kurs hiszpańskiego. O, i rekrutacja na studia.
Na razie czytam (powoli i opornie, bo oczka bolą) „FUTU.RE” Glukhovsky’ego, więc jeszcze trochę i machnę jakiś opinio-recenzjo-tworek-potworek.
Zbiór opowiadań wciąż leży, płacze i czeka na wydanie. I chyba tak sobie poczeka kilkadziesiąt lat, a potem zostanie wydany post mortem, bo ja coś go nie mogę ogarnąć.
Tymczasem – suspens! Suspens numer dwa. Oparty na prawdziwych wydarzeniach!
***

Łopata powoli zagłębiła się w ziemię i utknęła na głębokości półtora centymetra. Pani R. otarła pot z czoła i westchnęła z irytacją. Och, oczywiście, jej małżonek musiał akurat teraz wyjechać i robić remont! A ona została tutaj, sama, w upale i z tym… Czymś… Na samym środku trawnika!
I jeszcze łopata. Kto to w ogóle widział? Łopatą przerzuca się ziemię, a gro-… Doły kopie się szpadlem! Zdawała sobie jednak sprawę, że gdyby wybrała się teraz do sklepu ogrodniczego, ba, nawet do zwykłego marketu, i kupiła szpadel, wyglądałoby to co najmniej… Dziwnie. Owszem, mogłaby zmienić elegancką garsonkę na dres i udać, że szpadel potrzebny jest jej przy sadzeniu żonkili; owszem, mogłaby wrzucić go do koszyka zupełnie mimochodem, och, szpadle były w promocji, kupiłam jeden, nie wiadomo, kiedy się przyda; może udałoby jej się nawet oszukać sprzedawcę w markecie ogrodniczym, kupując jakieś cebulki tulipanów i worek humusu. Wiedziała jednak, że nic nie ukryje się przed oczyma sąsiadów. Mogłaby schować szpadel do torebki, ukryć pod zakupami albo próbować go niezauważenie przenieść do domu. Niestety, sąsiedzki monitoring (w postaci pani Wiesi, pana Zdzisia oraz Perfumowanego z domku obok) z pewnością zauważyłby, że pani R. taszczy ze sobą jakieś narzędzie ogrodnicze. Ach, co to by było! Tylko jej brakowało, żeby te wszystkie Zdzisio-Wiesie podchodziły do płotu, próbując nawiązać towarzyską konwersację o porzeczkach! Z jakiejkolwiek tajemnicy nici, nie ma już po co czegokolwiek zakopywać, i tak się dowiedzą, że nie chodzi o porzeczki…
- Porzeczki! – warknęła pani R., po raz kolejny dziabiąc łopatą wyschniętą ziemię. Glina i węgiel, ot co. A ona ma się jeszcze w grabarza bawić…!
Niech no tylko szanowny małżonek wróci z remontu! Zaraz zostanie obsztorcowany za pozostawienie pani R. z nieodpowiednim sprzętem i nikim do pomocy! Następnym razem sam się będzie szarpał z glino-węglem! I z łopatą! I z trupem też!
Pani R., podsycanej wściekłością, udało się wykopać nie tyle grób, co raczej płytki dół. Z ulgą jednak zepchnęła do niego ciało, przysypała – o tyle, o ile – ziemią i odstawiła łopatę pod ścianę. Usiadła na huśtawce ogrodowej, oddychając ciężko. Siedzący obok kot obrzucił ją zdumionym spojrzeniem.
- Oj, Whiskey – westchnęła pani R. – to już trzecia mysz w tym tygodniu. Przyhamuj.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Varia(t)

 

Remont w wielkim mieście, czyli opowieść z suspensem

02 lip

Znowu TFU!rczość własna, powstała zresztą zupełnie przypadkowo. Chcę jedynie zaznaczyć, że niniejszy TFU!r jest w całości fikcją, i że nikt z mojej rodziny złomiarzy nie morduje. A przynajmniej ja o tym nic nie wiem.
***
Pan R. powiesił robocze ogrodniczki na balkonie.
Złomiarz ruszył w stronę domofonu.
Pan R. wprowadził się do mieszkania numer osiem dokładnie dwa miesiące temu i, zdaje się, przeprowadzał w nim gruntowny remont. Można było liczyć na stare rury, jakiś kaloryfer, a może nawet kuchenkę…?
Złomiarz nacisnął na guzik domofonu. Po chwili w głośniku odezwał się głęboki baryton.
- Proszę?
- Dzień dobry, ja po rury – odezwał się złomiarz.
Po chwili drzwi się otworzyły. Złomiarz, gnany nęcącą wizją rur i kaloryfera, wbiegł na drugie piętro. Drzwi, jak zwykle, były lekko uchylone. Złomiarz wśliznął się do środka.
- Dzień dobry – dla pewności przywitał się raz jeszcze. – Są rury?
- Robota jest – pan R. wyszedł z kuchni. W ręce trzymał kubek z kawą.
- Robota? – powtórzył złomiarz. – Jaka?
- Mokra – odpowiedział poważnie pan R.
Niestety, złomiarz skończył tylko dwie klasy podstawówki i nie był w stanie zaklasyfikować tej odpowiedzi jako lakonicznej, ponieważ było to jedno z tych słów, których nie znał. Wiedział jednak, że teraz było już nieco za późno na wycofanie się.
- A co trzeba zrobić? – zapytał ostrożnie.
- To dziecinnie proste – powiedział pan R., otwierając drzwi pokoju po lewej. – Bierze pan dwie walizki. Podrzuca je pan jak gdyby nigdy nic na teren skupu złomu i wraca pan tu. Wtedy dam panu jakieś rury i może nawet dorzucę flaszkę.
Złomiarzowi szybciej zabiło serce na myśl o flaszce.
- Jakiegoś esesmańca pan ze ściany wyciągnął? – zapytał, powijając rękawy.
- Nie. A szkoda – dodał pan R., patrząc na krew wyciekającą z walizek, – Byłoby nieco bardziej… Sucho.
- Sucho? – zdziwił się złomiarz – Przecież mówił pan, że to mokra robota…
Pan R. nie odpowiadał.
- Co, żonka się znudziła? – uśmiech po chwili zamarł złomiarzowi na ustach.
- Niech pan po prostu idzie – wycedził chłodno pan R. – I odniesie te walizki.
- Dobrze, dobrze, już idę, kłaniam się, przyjdę później po te rury – wymamrotał złomiarz, przeciskając się z walizkami przez drzwi – i już go nie było.
Pan R. patrzył, jak znika między blokami. Potem sięgnął po telefon i wybrał numer. Już po kilku sygnałach usłyszał znajomy głos.
- Skup złomu, słucham.
- Dzień dobry, panie Mieciu. Wysyłam panu dwóch złomiarzy, jeden jest już w walizkach…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Varia(t)

 

Dzień Matki

26 maj

Jako szczęśliwy posiadacz Matki (model 20/12/67, z atestem 3-736 i homologacją, czymkolwiek by nie była owa homologacja), czuję się zobowiązany umieścić tu wpis z okazji Dnia Matki. Ale zacznijmy od krótkiego wyjaśnienia formy tegoż wpisu, albowiem nietypowa to forma będzie.

Otóż dawno, dawno temu, jakieś dwa tygodnie wstecz, kupiłam sobie kolejną lalkę – chińską podróbę Maleficent z „Czarownicy”. Po zrepaintowaniu mordki tejże lalki uznałam, że uparcie mi się owa mordka kojarzy z twarzą Matki Mojej. W ogóle Matka Moja przypomina mi Maleficent, a to głównie z powodu kości policzkowych, a poniekąd i charakteru.

Tak, wiem, mamo, naprawdę jesteś czuła i kochająca, ale ktoś musi dbać o twój odpowiednio czarny PR.

Przejdźmy do zdjęć.

DSC_4157

 

Oto i Maleficent w sukience, którą mi niegdyś zrobiła Matka Moja.

DSC_4158

 

Czytanie książek, czyli to, co Matka Moja lubi najbardziej.

DSC_4159

 

Wersja smart casual, albowiem Matka Moja rzadko niezwykle zasuwa w sukni balowej po domu.

Tak, mamo, wiem, nigdy w życiu nie założyłabyś koszuli w różowe ciapaje. Wybacz, innej nie było.

Pod spodem dwa przykłady interakcji z potomkiem (w roli potomka, czyli mnie, występuje David, jako że jest do mnie najbardziej podobny ze wszystkich posiadanych przeze mnie bytów lalczanych):

DSC_4161

DSC_4163

 

Czego zaś Matce Mojej życzę z okazji Dnia Matki?

DSC_4165

 

Wszystkiego dobrego, Matko Moja ;)

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Varia(t)

 

Urodziny, urodziny…

25 maj

…i po urodzinach. Nic ciekawego. No, może poza jednym szczegółem. Otóż, przytłoczona natłokiem frustrujących wydarzeń, postanowiłam – wbrew swej pesymistycznej naturze – pisać o rzeczach miłych, przynajmniej dopóki mi się nie znudzi.

O, na przykład kupiłam dzisiaj nową lampę i to było miłe.

Dostałam na urodziny „Future” Glukhovsky’ego i to było miłe.

Jeszcze raz czytam Zafona, bo mi to potrzebne do rozmowy kwalifikacyjnej na studia i to jest miłe.

Dzisiaj widziałam, jak jakiś pan uczył swoją córkę robić fikołki na trzepaku. Duch w narodzie nie upada.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Varia(t)

 

Matura! Rzeczy! Dzień Książki! Bułhakow! Rzeczy!

23 kwi

Jestem. Żyję. Chcę tylko powiedzieć, że:
a) byłam na olimpiadzie z historii sztuki,
b) matura,
c) w związku z punktem b czytam coraz mniej,
d) w związku z punktem c czuję się jak okropny, okropny byt ludzki,
e) to się zmieni po zakończeniu punktu b
f) mam nadzieję,
g) obiecuję poprawę,
h) wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Książek i Praw Autorskich!
W końcu wezmę się za pisanie o „Mistrzu i Małorzacie”.
Powieść ta zajmuje nieoficjalne drugie miejsce w moim nieoficjalnym pseudorankingu przeczytanych książek. Zawiera bowiem wszystko to, co w książce być powinno, a mianowicie (uwaga, znowu będzie w punktach):
a) pisarzy,
b) wariatów,
c) czarnego kota,
d) koniecznie skopany na drugi plan wątek miłosny (na pierwszym planie być go nie może, gdyż taki właśnie mam dziwny gust),
e) złych-ale-wcale-nie-złych ludzi*
f) *-byty nadprzyrodzone,
g) To Właściwe Poczucie Humoru (damy, spirytus, te rzeczy),
h) ostateczny triumf… no, może nie dobra nad złem, raczej Tych, Których Lubię nad Tymi, Których Nie Lubię,
i) ciekawe spojrzenie na szeroko pojęte kwestie religijne (tu następuje mrugnięcie w stronę tych, którzy czytali)…
I pewnie bym jeszcze tę listę pociągnęła, gdyby nie to, że czas iść spać, oczka się kleją, a matka wrzeszczy. A matura coraz bliżej…
No, koniec dygresji,
Trafiłam na kilka adaptacji „Mistrza i Małgorzaty”, ale żadna mnie jakoś nie przekonała. No dobrze, może jedna, ale i tak nie było na nią biletów. W związku z powyższym nie mogę jeszcze porównać książki do filmu/serialu/spektaklu i powiedzieć z czystym sercem „Phi! Książka była lepsza!”.

Tyle refleksji na dziś, być może coś jeszcze mi się jutro rano objawi :)

W ramach Dnia Książki pragnę szczególnie pozdrowić Bojową Bibliotekarkę Bogusię, która prawdopodobnie tego bloga czyta. Pani Bogusiu, machamy do Pani!
Pozdrawiam takoż każdego, kto się pozdrowionym chce czuć, i niniejszym udaję się na spoczynek.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii O książkach, Varia(t)